Im mniej mam czasu, tym bardziej cieszy mnie czytanie. Czas mi się nad książką nie rozkurcza, wręcz przeciwnie, ale są to chwile nadzwyczaj udane. Mam szczęście do lektur i dobrze trafiam, ostatnio na książki napisane przez autorów związanych z językiem francuskim, ale dalekim od mieszkańców paryskiego Panteonu. Dzisiaj wycieczek odcinek drugi!

"W tę historię możecie wierzyć lub nie". Tahar Ben Jelloun, "Dziecko piasku" 3

„Nim odeszła, powierzyła mi gruby, ponad dwustustronicowy zeszyt, który zawierał dziennik i myśli Beja Ahmeda. Czytałem go wielokrotnie. Za każdym razem byłem poruszony i nie wiedziałem, co mam zrobić z tą historią. Zacząłem ją więc opowiadać.”

​Powiem to bez niepotrzebnej kurtuazji – tak jak „Sprawę Meursaulta” połknęłam w jeden wieczór, tak na tę lekturę potrzebowałam więcej czasu. Tahar Ben Jelloun utkał ją jak efektowny arras. Na kartach „Dziecka piasku” przewija się symbolika liczb, pradawne wierzenia i ponadczasowe zabobony, gęsto tam od rozważań nad ciałem i duchowością, a sama historia wędruje z ust do ust, choć ciągle jest niekompletna. Zaczyna bajarz, który twierdzi, że znalazł zeszyt, w którym ją zapisano. Od bajarza przejmują ją jego słuchacze, dorzucając tu i ówdzie myśli o swoim życiu, aż w końcu mamy wrażenie, że gonimy baśń, która snuje się sama.

"W tę historię możecie wierzyć lub nie". Tahar Ben Jelloun, "Dziecko piasku" 4​I od razu trzeba Wam wiedzieć: to nie jest bajka na dobranoc. To książka bezbrzeżnie smutna, poplątana jak uliczki arabskiego miasta, bo jej czytanie przypomina przeciskanie się przez wąskie przesmyki i większe lub całkiem niepozorne bramy. Narrator obiecuje: „Będę wam dawał po kolei klucze do tych bram. Tak naprawdę macie już te klucze, ale o tym nie wiecie; a gdybyście nawet wiedzieli, nie potrafilibyście obrócić ich w zamku.”Mam wrażenie, że zamknięcie to przewodni motyw tej opowieści – jej głównym wątkiem jest historia człowieka, który urodził się jako siódma córka w rodzinie ojca, który nade wszystko pragnął mieć syna, więc przedstawił ją światu jako Mohameda Ahmeda. Nakazał ubierać dziecko jak chłopca, zorganizował nawet uroczystość obrzezania, dając zranić się w palec, by pociekła krew. Mohamed wchodzi w swoją rolę krokiem chłopaka – goli się, krępuje piersi szeroką opaską, chodzi do męskiej łaźni i stara się nie płakać. Dopada go jednak samo życie, pali ogień pożądania, z którym nie wiadomo co począć, męczy odosobnienie, które narzuciła mu rodzina. Bohater, którego sam narrator nie wie jak ma nazywać, próbuje więc żyć, a ścieżki tego życia są kręte jak cała powieść. Prowadzi nas ona do cyrku, do ciemnych pokoi, w których rządzi ciało, do bibliotek, w których zamknięte są inne opowieści. Próbujemy odpowiedzieć na pytania, których nie mamy odwagi zadać.

Najważniejsze jest tu jednak samo opowiadanie – niedoskonałe antidotum na destrukcyjną potęgę czasu. Zapiski znikają z zeszytu, zastępują je nowe, ten, kto aktualnie opowiada przypatruje się sobie, swojemu opowiadaniu i swojej publice. „Jestem architektem i jego budowlą; drzewem i jego sokiem; sobą i kimś innym; sobą i tą inną”. Ta powieść to palące przypomnienie, że historia to tylko i aż słowa, wybierane subiektywnie, plączące się znaczenia i perspektywa, bo w świecie, w którym nawet płci nie da się jednoznacznie określić, kwestionuje się wszystko. I myślę sobie, że porównanie „Dziecka piasku” do tkaniny jest trafne pod jeszcze jednym względem. Jesteśmy świadkami wszystkich tych wątpliwości, które towarzyszą opowiadającemu: jak dobrać słowa, by przekazać myśl, jak poradzić sobie z niepewnością, której winna szwankująca pamięć, jaki porządek wydarzeń uznać za obowiązujący, jaką rolę odgrywa w naszym opowiadaniu czas? To powieść, która na naszych oczach rozwija się jak dywan, powieść, której przypatrujemy się w miarę jak się ona pisze, a na końcu i tak zostajemy sami przed pustą kartką, gdy „pełnia księżyca wytarła tekst księgi”. Wtedy możemy przeczytać ją od początku, tym razem zupełnie inaczej.

"W tę historię możecie wierzyć lub nie". Tahar Ben Jelloun, "Dziecko piasku" 5Jest mi ta książka bliska i daleka jednocześnie – egzotyka potrafi przyprawić o zawrót głowy, jednak analizując moje marcowe lektury jestem ogromnie wdzięczna za to, że pisałam pracę magisterską na temat postmodernizmu i (uwaga, moje ulubione sformułowanie) metafikcji historiograficznej. W powieściach, które teraz wspólnie czytamy, znajduję potwierdzenie argumentów z uczonych książek o teorii literatury i jest to szalenie przyjemne uczucie. Literatura postmodernizmu sama się sobie przygląda, pełna jest aluzji do swoich słabości i podważa wiarygodność swojego przekazu. Puszcza do nas oko, przypominając, że nie istnieje coś takiego jak obiektywna prawda ani bezstronna relacja – pisanie jest tak niedoskonałe jak sam człowiek. „Dziecko piasku” fantastycznie mi o tym wszystkim przypomniało.Ten wpis jest częścią mojego osobistego festiwalu frankofonii, podczas którego mam ochotę dzielić się z Wami inspirującymi lekturami spoza kanonu. Na moim stosie „do przeczytania” leży już kontynuacja „Dziecka piasku”, czyli „Święta noc”, a książki te, tak jak „Sprawę Meursaulta” z ubiegłego tygodnia i „Kielonka”, o którym za tydzień, opublikowało Wydawnictwo Karakter. Ich dewiza? „Wydajemy co nam się podoba”. Lubię to, a Wy?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *