Wybacz mi, Alainie Mabanckou, Autorze Niezwykły, Głosie Najdonośniejszy, tę długą chwilę, której mi trzeba było, żeby docenić „Kielonka”. Nie spodziewałam się tego. Bo choć odebrałam klasyczne, filologiczne wykształcenie i swego czasu na pamięć znałam okrągłe sonety i wielostronicowe traktaty, to ogromnie doceniłam utwory rzucające wyzwanie klasycznym i klasycystycznym przyzwyczajeniom czytelniczym.

​Na przykład „La Disparition” Pereca (powieść napisaną bez użycia litery „e”, najliczniej występującej we francuskim samogłoski) albo „Grę w klasy” Cortázara (czytałam wersję „skaczącą”, a wy?). A tu nagle przed nosem ląduje powieść, która podmywa grunt spod nóg jak wartki strumień taniego wina – powieść bez kropek i wielkich liter, na szybki oddech proponującą jedynie przecinki. Powieść przypominająca bar, w którym toczy się jej akcja, z bohaterami wchodzącymi i znikającymi, którzy tańczą, chleją, wrzeszczą, płaczą, żałują, sikają i… piszą.

Z tym alkoholem to właściwie trochę inaczej. Gdyby podejść do sprawy literatury frankofońskiej promilowo„Sprawa Meursaulta”, która stawia przed czytelnikami ogromnie ważne pytania, przypomina spotkanie przy wytrawnym czerwonym na smutno. „Dziecko piasku” jest jak absynt, ciężkie kadzidło, rozpalone w ciasnej izbie, które raz to przysłania, raz to odkrywa cienie tańczące na ścianach. „Kielonek”, moi Państwo, to jazda bez trzymanki. Ta książka jest zdecydowanie kociołkiem Panoramixa (dla niewtajemniczonych pełnoletnich – chodzi o miks wódki, piwa, wina, szampana i napoju energetyzującego. Legenda akademików). Jest jednak motyw, który łączy te trzy tak różne powieści, a jest nim pisanie. Stawanie się opowieści oczami opowiadającego i na oczach czytającego.

Literacka jazda bez trzymanki, czyli przed Państwem Alain Mabanckou 3

gdybym był pisarzem, prosiłbym Boga, by uczynił mnie pokornym, dał siłę, bym potrafił odnosić wszystko, co piszę, do tego, co przelali na papier wielcy tego świata, a przyklaskując geniuszom, nie rozdziawiałbym gęby na widok panującej powszechnie miernoty, tylko za tę cenę mógłbym napisać coś, co przypomina życie, lecz wyraziłbym to własnymi słowami, słowami koślawymi, stylem szarpanym, bez ładu i składu, pisałbym, co mi przyjdzie do głowy, zacząłbym niezgrabnie i skończył niezgrabnie, miałbym gdzieś zasady czystego rozumu, metodę, fonetykę, prozę i w tym zafajdanym języku cały mój wywód nie byłby zbyt jasny, a słowa, by to powiedzieć, nie przychodziłyby łatwo, byłoby to coś na granicy pisania i życia, właśnie tak

​W jednym z wywiadów Alain Mabanckou, zapytany, czy ma problemy z francuskim, odpowiedział: „Ależ to język francuski ma problemy ze mną!”. Uważam tę replikę za najlepsze podsumowanie „Kielonka”, w którym nie brak pasaży krzepiących sfrustrowanych wyjątkami i trudną wymową uczniów:

​przysięgam, że lubiłem uczyć, przysięgam, że lubiłem przebywać wśród mych małych uczniów, (…) przysięgam, że lubiłem uczyć ich form czasu przeszłego, które zgadzają się co do liczby i rodzaju w zależności od tego, czy jest noc czy dzień, czy pada, czy nie pada, a te biedne maleństwa, oszołomione, zdezorientowane, niekiedy wzburzone, pytały mnie, dlaczego ta forma jest zgodna dziś o godzinie szesnastej, skoro nie była zgodna wczoraj przed dużą przerwą, a ja mówiłem im, że we francuskim najważniejsze nie są wcale zasady, lecz wyjątki, mówiłem im, że kiedy to zrozumieją i nauczą się wyjątków tego humorzastego języka, zasady przyjdą same, zasady wypłyną ze źródła i mogą nawet olać te zasady, strukturę zdania, kiedy już dorosną i pojmą, że język francuski to wcale nie jest długa spokojna rzeka, to raczej rzeka, której bieg można zmienić

Mnie tak ta rzeka porwała, że narrator „Kielonka” to chyba jeden z moich ulubionych literackich głosów. Cenię go zarówno za zaskakująco trzeźwe jak na deklarowaną ilość spożytego wina osądy jak i za to, jak użycza swojego głosu, by opowiadać innych, i to dosłownie do utraty tchu. Są tu smutni panowie w pampersach (nie pytajcie), stanowcze żony z tradycyjnym wałkiem, prostytutki, politycy, redaktorzy, gapie. Są nawiązania do wielkiej literatury i opowieści rodem z rynsztoka. Cytaty z Napoleona, Marksa, Mitteranda, Jezusa i Szekspira. I lubiący żyć na poziomie Kazimierz, który strumieniem moczu potrafi narysować na ścianie mapę Francji i zgrabnym złotym akcentem zaznaczyć na niej Paryż. Bo w takiej powieści wszystko można i Mabanckou o tym wie.

„Kielonek” to taka książka, że po jej przeczytaniu zazdrości się tym, którzy lekturę mają jeszcze przed sobą i tym samym wszystkie te wrażenia dopiero odkryją, doskonale się przy tym bawiąc. Ja przez wizytę w barze „Śmierć Kredytom” nie mogę się doczekać następnego literackiego spotkania z tym autorem. Padło u mnie na „Papryczkę”, w zanadrzu czekają jeszcze „Zwierzenia jeżozwierza”. Myślę, że czeka mnie niezapomniany czytelniczy rok.

Korci Was spotkanie z literaturą, która stawia wyzwania naszym czytelniczym przyzwyczajeniom? Jeśli po głowie chodzi Wam taka wyprawa, serdecznie zapraszam na konkurs, w którym do rozdania mam powieści z trzech blogowych wpisów. Więcej o zasadach i terminach napiszę w osobnym poście!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *