Gdyby nauczyciele francuskiego dostawali dodatek do wypłaty za każde westchnięcie kursanta nad absurdalnym pięknem tego języka, na koncie lądowałaby co miesiąc pokaźna sumka na nowe bluzki z napisem „Chic”. Nieważne czy dopiero zaczynasz naukę, czy ona już trochę trwa – na pewno zdarzają ci się chwile zwątpienia w logikę świata opisanego po francusku. Przyjrzyj się ze mną paru zjawiskom obecnym we francuskim słowniku i gramatyce, zrozum je i… pokochaj francuski jeszcze mocniej!

Francuski system liczb nie ma sobie równych

Tak przynajmniej twierdzą wszyscy ci, którzy mają już za sobą liczenie do 100. Do sześćdziesiątki wszystko przebiega w miarę sprawnie, ale liczbowi seniorzy nieźle szaleją. „Siedemdziesiąt” to bowiem „sześćdziesiąt-dziesięć” – „soixante-dix”. I żeby było śmieszniej, wszystko co ma siódemkę z przodu kontynuuje ten system. „Siedemdziesiąt jeden” to „soixante et onze”, czyli dosłownie „sześćdziesiąt i jedenaście”, „siedemdziesiąt trzy” to „soixante-treize”, a „siedemdziesiąt osiem” to naturalnie… „soixante-dix-huit”. Dużo matematyki? Dalej nie jest wcale lepiej – trzeba pamiętać, że „osiemdziesiąt” to po francusku „cztery dwadzieścia”, czyli „quatre-vingt”, nie mylić z „vingt-quatre”, czyli „dwadzieścia cztery”! „Dziewięćdziesiąt” – ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości? To oczywiście „quatre-vingt-dix”. Katusze cierpieli moi uczniowie urodzeni w latach dziewięćdziesiątych, gdy na lekcji w liceum przychodziło do podania roku urodzenia. „Mille neuf-cent quatre-vingt-dix-huit” – zanim jedna osoba z pary skończyła z rzędem jedności, druga już dawno zdążyła zgubić się na setkach.

Nie ma tego złego – na jesieni życia o ileż przyjemniej, podając wiek, zaczynać od „sześćdziesiąt”, by potem lekko dodać niewielką górkę, niż przyznać się od razu, że się ma na ten przykład „siedemdziesiąt dziewięć”. A przynajmniej tak to sobie tłumaczmy!

Na śniadanie Francuzi jedzą „mały obiad”

Pamiętam, że słowo „déjeuner” było jednym z tych, którymi musiałam zapełniać całe strony w zeszycie, by nauczyć się poprawnej kolejności liter. O ile szybciej przyszłoby mi zrozumienie fenomenu małego obiadu na śniadanie, gdybym wcześniej zrozumiała czym ten francuski posiłek etymologicznie jest. Czasownik „jeûner”, którego słowo „déjeuner” jest odwrotnością, oznacza „pościć”. „Le jeûne” to ten moment, kiedy z różnych względów chcemy oczyścić organizm i poddać się głodówce lub jeść naprawdę niewiele. Francuzi urządzają to sobie niejako codziennie. Po wieczornym obżarstwie kolacyjnym – apéro, przystawki, danie popisowe, deser, sery, digestif – czas na nocne brzucha odpoczywanie. Toć to prawdziwy post kilkugodzinny! A po nim najlepiej coś przekąsić. Niedużego, tylko tyle, by dotrzeć jakoś do pracy i po kilku jej godzinach w samo południe zasiąść w lokalnej knajpce na porządny, prawowity „déjeuner” myśląc już o tym co na kolację…

Jabłka ziemi i bąki zakonnicy

Jedną z propozycji na kolację z przyjaciółmi jest zapiekanka. Francuzi przepadają za taką, która nazywa się „gratin dauphinois” i która składa się z cebuli, sera i ziemniaków. Przy pyrach jak nigdy wychodzi z Francuza poeta, bo to mało arystokratyczne warzywo nad Sekwaną zwie się „jabłkiem ziemi”. Dlaczego tak jest, pięknie opowiada w swojej książce „Moja kuchnia w Paryżu” bloger i fotograf David Lebovitz. Niech mi będzie wolno tylko powiedzieć, że ta książka to idealny prezent dla każdego zakochanego w kulturze Francji, bo przepisy są tu przeplecione opowieściami o paryskim i francuskim stylu życia. Perełka! Ale oddajmy już głos autorowi:

Antoine-Augustin Parmentier uważany jest za wybawiciela Francuzów od klęski głodu, która miała miejsce pod koniec XVIII wieku. Propagował on wartości odżywcze ziemniaków w czasach, gdy nikt nie miał zamiaru tknąć tych ubrudzonych ziemią bulw. Dobrze znając przewrotną naturę Francuzów, założył „prywatny” ogród, do którego nikt – pozornie – nie miał wstępu. Quelle déception! Przekonany, że ludzie prędzej czy później zapragną tego, czego im się zabrania, umówił się z uzbrojonymi strażnikami, którzy pilnowali ogrodu, żeby nocą robili sobie wolne. Jak można było się spodziewać, po zmroku mieszkańcy przekradali się do niepilnowanego ogrodu i w krótkim czasie ziemniaki zagościły na paryskich stołach. Parmentier jest dziś we Francji do tego stopnia cenioną osobistością, że jego nazwiskiem nazwano jedną ze stacji paryskiego metra. Znajduje się na niej wystawa upamiętniająca jego osiągnięcia, w tym kolorowa tablica z przepisami na dania z ziemniaków, które można studiować w oczekiwaniu na pociąg.

Kuchenne fantazje użytkowników naszego ukochanego języka nie mają sobie równych, bo podczas gdy na obiad serwuje się „jabłka ziemi”, na deser może wjechać ciastko o wdzięcznej nazwie… „bąki zakonnicy” – les pets de nonne. To pączek smażony w głębokim tłuszczu, a pochodzenie jego nazwy jest dość mgliste. Najbardziej wdzięczna z wersji, spisana przez kronikarza nazwiskiem Fulbert-Dumonteil w dziele pod tytułem La France gourmande na początku XX wieku poświadcza, że na wieść o nadchodzącej wizycie arcybiskupa Tours, pobożne i ciche na ogół siostry z zakonu Marmoutier wpadły w popłoch i w ferworze przygotowań jedna z nich poczęła puszczać głośne i donośne gazy. Ze wstydu i poruszenia upuściła do garnka z gorącym olejem kawałek ciasta, które zaczęło się smażyć, a ten nieznany dotąd proces dał interesujący, pączkowaty efekt, z którego zasłynęły siostry. Nazwa nie do pomylenia!

Tanio skóry nie sprzedadzą

W języku francuskim nie istnieje przymiotnik „tani”. Nie ma na to po prostu osobnego słowa takiego jak angielskie “cheap” albo hiszpańskie “barato”. Aby powiedzieć, że coś zaskoczyło nas niską ceną, musimy użyć zaprzeczonego przymiotnika „drogi” i powiedzieć: Ce manteau est vraiment pas cher. Nie chcąc jednak używać partykuły przeczenia, mamy jeszcze do dyspozycji wyrażenie „bon marché” jako dowód na przyjemność płynącą z dokonania okazyjnego zakupu. Ces légumes déformés sont assez bon marché, mais leur qualité reste la même !

Ponieważ przymiotnik bon w tym wyrażeniu odnosi się do rzeczownika marche, razem tworzą one całość, która nie uzgadnia się do osoby ani liczby tego, co kupujemy. Zwrot ten wygląda zatem zawsze tak samo:

Mon mari achète toujours des chaussettes bon marche (et pas: bonnes marchées).

Pour célébrer son anniversaire, il a acheté des vins bon marché (et pas: bons marchés) et il a regardé des films toute la nuit.

3

Mam nadzieję, że mój subiektywny wybór najbardziej WTF momentów francuskiego słownika Wam się spodobał! Chętnie poczytam w komentarzach o Waszych najbardziej szokujących przeżyciach z francuskim słownictwem. A jeśli jest wśród Waszych znajomych ktoś, kto właśnie potyka się w nauce o te pozorne nielogiczności, podeślijcie mu koniecznie ten wpis! Niech zrobi się raźniej. Francuski bywa absurdalny, ale nie czyni go to mniej pięknym!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *